Powieści

Gabriela Pauszer-Klonowska „Trudne życie”

Gabriela Pauszer-Klonowska żyła w latach 1908 – 1996. Napisała kilka książek biograficznych poświęconych różnym znanym postaciom. Bohaterem aż dwóch książek jest Aleksander Głowacki. W zbeletryzowanej wizji życia pisarza „Trudne życie” wśród bliskich znajomych znaleźli się państwo Kontkiewiczowie. Stanisław Kontkiewicz był kolegą Aleksandra Głowackiego ze studiów w Szkole Głównej. Z listów Aleksandra Głowackiego do żony Oktawii wynika, że Głowaccy znali dobrze Jadwigę Jaroszewiczównę zanim spotkała ona Stanisława Kontkiewicza. Z przekazów rodzinnych wiemy, że państwo Głowaccy byli obecni na ślubie Stanisława i Jadwigi Kontkiewiczów i małym przyjęciu po nim 27 czerwca 1882 r. Bliska znajomość trwała do śmierci Oktawii Głowackiej, która bywała częstym gościem Jadwigi Kontkiewiczowej już po śmierci obu mężów. Zakładamy, że nieścisłości, które wkradły się przy pierwszych wzmiankach o Kontkiewiczach, nie mają wpływu na opis relacji obu rodzin.

Jan Ziemba „Dojrzewanie”

Jan Ziemba żył w latach 1915 – 1984. Był absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego w dziedzinie matematyki, której uczył potem w szkołach Dąbrowy Górniczej. Wykładał ją również w Filii Politechniki Śląskiej w tym mieście. Dużo czasu spędził w murach sztygarki. Przez wiele lat zgłębiał przeszłość i kulturę Zagłębia Dąbrowskiego. W wieku 64 lat otrzymał tytuł doktora nauk humanistycznych. Jego praca nosiła tytuł „Historia ruchu zawodowego hutników w Dąbrowie Górniczej”. Wspomniana już sztygarka była tematem kilku jego opracowań. Pod koniec życia Jan Ziemba napisał powieść, w której główny bohater jest uczniem tej szkoły w ostatnich latach XIX wieku, zatytułowaną „Dojrzewanie”. Wykorzystał w niej swoją ogromną wiedzę o szkole i osobach z nią związanych.

Na wielu stronach tej powieści pojawiają się Stanisław Kontkiewicz oraz Hieronim Kondratowicz. Oddajmy głos autorowi:

Str. 17
„Na kopalni „Flora” natomiast Tadeusz trafił pod komendę Ludwika Rodziewicza, również wychowanka dąbrowskiej sztygarki. Ludwik ukończył ją dwa lata wcześniej, a inżynier Kontkiewicz, dyrektor kopalni i równocześnie nauczyciel geologii w szkole górniczej, dał mu pracę u siebie.”

Str. 18
„Rodziewicz bardzo nie lubił, gdy któryś [górnik] posługiwał się niemieckim żargonem. Starszym tłumaczył, ze są Polakami, więc powinni wyzbyć się wyrażeń, którymi Niemcy zaśmiecili nasz górniczy język, młodszych karcił surowo i straszył:
— Uważaj! Jak cię kiedyś usłyszy dyrektor, będziesz się miał z pyszna!
— Czy dyrektor Kontkiewicz jest rzeczywiście takim rygorystą na punkcie języka? — zapytał go raz Tadeusz.
— O tak! Choć nauka w sztygarce odbywa się w zasadzie po rosyjsku, to w zakresie terminologii technicznej propaguje się język polski. Kontkiewicz nie jest w tym odosobniony. Popiera go inżynier Kondratowicz, wykładowca górnictwa, cieszący się wielkim autorytetem, a także Srokowski, nauczyciel języka polskiego i matematyki. Ich zasługą jest wiele nowych polskich terminów górniczych.”

Str. 21 – 23
„Rodziewicz uprzedził Tadeusza, że zgodnie z decyzją Kondratowicza łączącego funkcję wykładowcy w szkole górniczej ze stanowiskiem okręgowego inżyniera, drugą część praktyki będzie musiał odbyć na innej kopalni, by zapoznać się z różnymi metodami wydobycia. Jakoż wkrótce (…) dyrektor Kontkiewicz wezwał ich obu. Tadeusz widywał go przelotnie, ale nie miał dotąd okazji poznać. Gabinet dyrektorski ozdobiony był gablotami pełnymi minerałów, zwęglonymi pniami drzew i dziwnie pokręconymi wapiennymi ślimakami. Był to wynik wieloletniej geologicznej pasji dyrektora. Sam Kontkiewicz był mężczyzną pod pięćdziesiątkę, z włosami na jeża, lekko już siwiejącymi na skroniach. Owalną twarz przedłużała okrągła wypielęgnowana broda. Na prostym nosie tkwiły binokle, spoza których bystro spojrzał na Tadeusza:
— No i jak tam, kochasiu, podoba ci się kopalnia?
— Z początku było ciężko, panie dyrektorze, teraz już przywykłem. Zaczynam się czuć górnikiem.
— No to dobrze, dobrze — uśmiechnął się inżynier — mówił mi już Ludwiś, że się nie najgorzej jak na nowicjusza sprawujesz. Wszyscyśmy to kiedyś musieli przejść. To hartuje, kochasiu, i uczy człowieka pokory wobec tajemnic ziemi, tajemnic wielkich i groźnych. Wielu jeszcze rzeczy będziesz musiał się nauczyć, nim staniesz się prawdziwym górnikiem.
— Z pewnością, panie dyrektorze.
— Popatrz, kochasiu — wskazał okrągłym gestem eksponaty — to tylko drobna cząstka tajemnic ukrytych w ziemi. Pamiętasz, Ludwisiu, jak te amonity wydzieraliśmy ze skały za Ogrodzieńcem?
— Tak, na Straszykowej, piękne okazy.
— Piękne. Chłopi je tam wmurowują w ściany domów dla ozdoby. A okolica też piękna. Jakby się wnętrze ziemi wywrócił na nice. Widziałeś to już, kochasiu? — zagadnął Tadeusza.
— Nie było jeszcze okazji, ale słyszałem od kolegów.
— To będziesz miał, gdy zaczniesz naukę. Bo my w szkole górniczej nie siedzimy tylko w sali wykładowej. Jak się da — ruszamy w kraj, w świat szeroki. W piękny, polski kraj. Czy nie tak, Ludwisiu?
— Te wycieczki z panem dyrektorem będziemy wspominać do końca życia i chyba niejeden z nas pójdzie w pańskie ślady. Przesmycki już się trochę para geologią, a słyszałem, że Adam Piwowar po skończeniu szkoły wybiera się na studia geologiczne do Szwajcarii. Inni też o tym myślą.
— Dzięki Bogu! Trzeba, żeby było jak najwięcej polskich geologów, żeby, jak mówił Staszic: kruszcom polskim zajaśniało słońce!
— Pod kierunkiem takich nauczycieli jak pan inżynier znajdzie się nas sporo.
— No, ale my tu gadu, gadu, a trzeba załatwić tego kochasia. Jak ci to, braciszku, na imię?
— Tadeusz Dębowicz.
— Właśnie, Tadeuszku, choć żal mi cię stąd wypuszczać, będziesz teraz musiał iść na „Mortimera”. Jest tam inżynier Karwaciński, dobry fachowiec, choć trochę surowy. Ale w naszej pracy i surowość czasem potrzebna. Wiesz już, jak się masz sprawować, więc ci tylko jedno przypomnę. Tu w Zagłębiu górnictwo zbyt dług było pod wpływami Niemców. Oni nam popsuli piękny, polski język techniczny kształtowany przez Staszica, a po nim przez Hempla i Cieszkowskiego. Słyszałeś już coś o nich?
— O Staszicu tak, o pozostałych jeszcze nie.
— Jak się będziesz starał, to i o nich się dowiesz. Już cię panowie Kondratowicz i Srokowski w tym przeszkolą. Ale tam, na „Mortimerze”, wśród dozorców i sztygarów wciąż jeszcze jest dużo Niemców. Trzeba naprawiać, co oni popsuli w zakresie języka. Chociaż… jest tam już sztygarem któryś z naszych. Jak on się nazywa, Ludwisiu?
— Zygmunt Lewański.
— Tak, Lewański. Dzielny chłopak, choć w gorącej wodzie kąpany. No, ale życie go ochłodzi. Prosiłem już pana Karwacińskiego, żeby cię do niego przydzielił. Jesteście chyba w jednych latach, boś ty tam coś stracił przez jakieś psoty. Ale to nie moja rzecz. Znajdziesz z nim, kochasiu, łatwo wspólny język. A więc — do roboty. Szczęść Boże!
— Szczęść Boże — odpowiedział Tadeusz i uścisnął z wdzięcznością dłoń dyrektora. — Dziękuję serdecznie za nauki — te na dole w kopalni i te tutaj. Postaram się je wykorzystać.
Kontkiewicz zatrzymał jeszcze na chwilę Ludwika, a Tadeusz czekając na korytarzu, przypomniał sobie, co mu mówił Rodziewicz, że górnicze „szczęść Boże” wprowadził do kopalń właśnie Kontkiewicz i inni nauczyciele szkoły górniczej w miejsce niemieckiego „Glückauf”, które się wciąż jeszcze słyszało. Wychowankowie sztygarki mieli swój udział w propagowaniu tego polskiego zawołania, bo młodsi górnicy chętnie ich naśladowali.”

Str. 112
„Przed stacją czekało już kilka dorożek; upchano się w nich ciasno, co ani aktorkom, ani chłopcom nie przeszkadzało i kawalkada ruszyła w stronę kwater. Powozem inżyniera Kontkiewicza, też wielkiego miłośnika teatru, Jurek [Płachciński] wiózł Zapolską i Janowskich do domu swoich rodziców.”

Str. 156 – 157
Wreszcie Harting ukazał się na schodkach w towarzystwie inżyniera okręgowego, Kondratowicza, który cieszył się niezłą opinią wśród robotników. Dyrektor miał na sobie czarny surdut i sztywny kołnierzyk. Kondratowicz był niemal równego z nim wzrostu, ale tęższy. Okrągła broda i wąsy nadawały mu dobroduszny wygląd. Był w górniczym mundurze, a sztywna urzędowa czapka kryła rzadkie, płowe włosy.
— Dzień dobry, dobrzy ludzie! — pozdrowił zebranych.
— Dzień dobry, panie naczelniku! — odezwało się wiele głosów i uchyliły się czapki. Nikt nie nazywał go „błogonarodie”, bo wszyscy wiedzieli, ze nie lubi rosyjskich tytułów.
(…)
Zgiełk robił się coraz większy. Harting popatrzył na oddział wojska — którego dowódca zdawał się oczekiwać rozkazu — potem skierował wzrok na Kondratowicza. Ten lekko potrząsnął głową i szepnął kilka słów dyrektorowi.

Str. 174
„— Żal ci chyba zostawić naszą górniczą budę.
— Nie ma takiej drugiej w całym Królestwie!
— I gdzie znajdziesz takich nauczycieli: Kondratowicz, Kontkiewicz, Świętochowski, Srokowski.”

Str. 187
„Zaprzestał też wykładów ceniony bardzo przez uczniów inżynier Kondratowicz pod pretekstem, że trudno mu będzie pogodzić pracę w szkole z kierowaniem Urzędem Górniczym. (…) a język polski [wykładał] – inżynier Kontkiewicz, jedyny wybitny nauczyciel z dawnego grona, którego lekcje przekraczały skromne ramy oficjalnego programu.”

Str. 189
„Jeszcze tylko lekcje z Kontkiewiczem tchnęły dawną atmosferą, a wycieczki z nim w pobliskie pasmo Orlich Gniazd były w dalszym ciągu naukową i intelektualną przygodą.”

Str. 192
„Jeszcze przed wyjazdem na wakacje Tadeusz załatwił sobie pracę sztygara w szybie „Fanny”, należącym do gwarectwa hrabiego Renarda. Pomógł mu w tym inżynier Kontkiewicz, pamiętający go dobrze z praktyki na kopalni „Flora” i szkolnych wycieczek geologicznych. Inżynier czuł się związany z dawnymi wychowankami i starał się czuwać w miarę możności nad ich losem.”

Str. 214
„Dobrze byłoby znaleźć kogoś, kto był w Archangielsku.
— Już wiem! — wykrzyknął Tadeusz — inżynier Kontkiewicz! Prowadził badania geologiczne nad jeziorem Onega, to blisko Archangielska.
— Dobrześ zrobił, kochasiu, przychodząc do mnie — powiedział dyrektor „Flory”. — W Archangielsku byłem, bo musisz wiedzieć, ze jest tam muzeum geologiczne, a wśród eksponatów — trochę moich. Geologię rosyjską tworzyli między innymi Polacy, także zesłańcy polityczni. Stanowimy rodzaj bractwa: wymieniamy listy w sprawach naukowych, w potrzebie świadczymy sobie przysługi. Kierownikiem tamtejszego muzeum jest też ktoś polskiego pochodzenia. Nie pamiętam w tej chwili nazwiska, ale je odnajdę i napiszę list. Może znajdziesz tam zajęcie, oni bardzo potrzebują fachowców.
— Bardzo lubiłem lekcje z panem inżynierem, ale trudno mi się uważać za fachowca.
— Będziesz miał tam, kochasiu, okazję uzupełnić swoją wiedzę praktyką i myślę, ze się nie zawiodę na tobie.
— Będę się starał, panie dyrektorze.
— Jestem tego pewien, kochasiu, bo inaczej bym cię nie polecał. Jak się tam usadowisz na dobre, to i ja będę miał do ciebie prośbę o przysłanie mi pewnych minerałów.”

Str. 217
„ Listy z kraju pomagały im przetrwać wygnanie. Korespondowali nie tylko z Dębowiczami i ojcem Zośki, ale także z Widawą, Kontkiewiczem, kolegami i znajomymi. Odpowiedzi nadchodziły zwykle po miesiącu.”

Str. 222
„Złożyli wizytę Kontkiewiczowi. Inżynier cieszył się z gości, dziękował za przysłane okazy geologiczne. Z zainteresowaniem słuchał o pracach archangielskiego muzeum, o projektach wyprawy Piwowara na Nową Ziemię. To wspaniale, że ziarno wiedzy zasiane przez niego w szkole dojrzewa w dalekich krajach.”

Wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Katowice 1986

Reklamy