Powracający warszawiacy 1945

W tym budynku kilka lat później, w marcu 1945 r. na parterze w zrujnowanych dwóch pokojach mieściło się pierwsze po wojnie biuro Warszawskiego Stowarzyszenia Dozoru Kotłów. Źródło zdjęcia: https://www.warszawa.ap.gov.pl/referat_gabarytow/galerie/Sloneczna_galeria/5700.html

W tym budynku kilka lat później, w marcu 1945 r. na parterze w zrujnowanych dwóch pokojach mieściło się pierwsze po wojnie biuro Warszawskiego Stowarzyszenia Dozoru Kotłów.
Źródło zdjęcia: https://www.warszawa.ap.gov.pl/referat_gabarytow/galerie/Sloneczna_galeria/5700.html

Warszawiacy niezrażeni zniszczeniami wracali do swego miasta od momentu wyjścia z niego wojsk niemieckich. Starali się jak najszybciej przywrócić w nim życie. Wśród nich był nasz Tata, Andrzej Kontkiewicz, który napisał o sobie „byłem wtedy [w marcu 1945 r.] jedynym pracownikiem technicznym dozoru [kotłów], który chciał mieszkać i pracować w zrujnowanej stolicy”. Oto jego wspomnienia z tamtego okresu:

<<12 lutego przeniosłem się z Mamą niosąc na plecach węzełki z Głuchowa do rodziny zmarłej żony do Piastowa, gdzie zamieszkiwaliśmy kątem (mieszkało tam jeszcze 5 warszawiaków). Z Piastowa do Warszawy było już bliżej (12km), chodziłem do niej co kilka dni, między innymi udało mi się z naszej nie spalonej piwnicy kilkakrotnie na wózku dziecinnym przerobionym na „ciężarówkę” przywieźć trochę węgla. Była przecież zima i czymś trzeba było palić.

20 lutego zarejestrowałem się w RKU we Włochach. Komisja wojskowa (prawie same kobiety) dokonywała od razu badań lekarskich. Do wojska nie wzięli, mówili żeby wracać do swojej pracy. Rano 8 marca poszedłem na Dworzec Zachodni („uzbroiwszy się” w ¼ wódki i długą bułkę ze smalcem), otwartym towarowym wagonem ruszyłem w kierunku Katowic. Do Katowic pociąg nie dotarł, już od Szopienic trzeba było iść pieszo. Katowice nie były zniszczone. Następnego dnia odszukałem (ul. Opolska) biuro Śląskiego Stowarzyszenia. Tam dowiedziałem się, że nasz [warszawski] dyrektor przyjechał z Krakowa do Katowic i przed chwilą z biura Stowarzyszenia wyszedł do Syndykatu Hut. Pospieszyłem tam i ja; w poczekalni Pełnomocnika Rządu spotkałem dyrektora Rażniewskiego. Oświadczył mi, że nasze Warszawskie Stowarzyszenie już funkcjonuje i na dowód dał mi zaliczkę pensji – 500 zł. Zadowolony chciałem zaraz wracać do domu (do mojego kąta w Piastowie), ale niestety okazało się, że wymagane są przepustki. Przepustkę otrzymałem dzięki życzliwości dyrektora Obrępalskiego w biurze Śląskiego Stowarzyszenia. Pociąg do Pruszkowa odszedł z Szopienic z 7-mio godzinnym (tak!) opóźnieniem.

Po powrocie odbywałem prawie codzienne „pielgrzymki” do Warszawy, gdzie po pewnym czasie udało mi się uzyskać w Biurze Odbudowy Stolicy obietnicę otrzymania mieszkania (byłem wtedy jedynym pracownikiem technicznym dozoru, który chciał mieszkać i pracować w zrujnowanej stolicy). Po żmudnych naleganiach w końcu kwietnia otrzymałem przydział na dwa małe pokoiki w większym mieszkaniu przy ulicy Słonecznej 50. Otrzymując ten przydział podpisałem zobowiązanie, że pokoje te zwrócę w 1946 r. niezwłocznie po wyremontowaniu swego (Mamy) wypalonego mieszkania.

Nowo przydzielone mieszkanie znajdowało się na parterze, okna bez szyb, ściany zawilgocone, piece rozwalone, w piwnicy woda z wysadzonej w powietrze przez Niemców kanalizacji! Oczywiście brak światła, gazu i wody w kranach.

Pierwszym było założenie kłódki na drzwiach i oszklenie (od czegóż specjalność po „starym Aronie”[1]). Potem przynieść wodę z Placu Unii, potem ustawić termon i na nim ugotować zupę. Na drzwiach mieszkania wywiesiłem z dumą tabliczkę „Inspektorat Nr 3 Stowarzyszenia Dozoru Kotłów”. Do pokoju wstawiłem antyczne biurko z ułamaną nogą (w dziwny sposób ocalałe ze zbombardowanego domu) usiadłem za nim na krześle, aby zacząć urzędowanie, ale natychmiast wstałem i wyszedłem na miasto szukać klientów. Jako pierwszych klientów zapisałem najbliższych sąsiadów:

– firma „MOTOR” ul. Racławicka,

– „Życie Warszawy” ul. Marszałkowska,

– więzienie na ul. Rakowieckiej (były trudności, nie chcieli wpuścić, ale w końcu wpuścili!).

A potem już [klienci] sami zaczęli przychodzić i przyjeżdżać tak z Warszawy, jak i dużo mniej zniszczonej Pragi.>>

***

[1] Przez pierwsze trzy lata okupacji Andrzej Kontkiewicz pracował jako szklarz. Mistrzem, z którego wziął przykład, był stary Aron, który pojawił się na Lekarskiej w październiku 1939 r. Tak opisywał ten epizod „z kawałków szyb, które przyniósł w skrzynce na plecach i z kawałków pozostałych u nas w oknach posztukował szyby w drzwiach wejściowych naszego mieszkania. Mama wyraziła wątpliwość, czy ta sztukowanina będzie się trzymać. „Jak stary Aron oszkli, to musi się trzymać!” – padła odpowiedź. Sztuka zademonstrowana przez „starego Arona” spodobała mi się. Postanowiłem zająć się szklarstwem. Ta praca umożliwiła kontynuację studiów rozpoczętych przed wojną na Politechnice Warszawskiej, wieczorami w prywatnych mieszkaniach.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s